Między skrajnościami

Gubiąc sens Wigilii i jej religijny charakter, przekształcamy Święta w okazję do protestu. Ci, którzy uważają, że są przez rodzinę czy księży przymuszani do odbycia pustego społecznego rytuału, odreagowują Wigilię w dniach tuż po niej. A przecież ona ma przygotowywać do przeżycia tajemnicy Wcielenia. Tu zresztą łatwo wpadamy w skrajności.

Albo tak bardzo infantylizujemy narodzenie Jezusa, że Bóg staje się tylko słodkim dzidziusiem, albo nie potrafimy tego duchowo przeżyć i w efekcie Bóg pozostaje poza naszym światem. Nie elektryzuje nas nowina, że przez fakt wcielenia Bóg nie może być już bliżej człowieka, że przyjął ludzką naturę, a nie stał się awatarem. Nawet jeśli się narodził w Betlejem, po Świętach umieszczamy Go już w niebie. Spędziłem kilka razy czas Świąt w takich miejscach świata, w których nie ma zwyczaju wigilijnej celebracji. Mówiąc szczerze: brakowało mi tego. Ale z drugiej strony brałem też udział w Wigiliach w kraju, podczas których widziałem, jak daleko posuniętą są one maskaradą. We mnie też odzywa się tęsknota i nostalgia, powracają zapachy Świąt z dzieciństwa, obietnice i rozczarowania tych „niepowtarzalnych” chwil. Coraz bardziej jestem przekonany, że Święta trzeba przeżywać w spokoju, pozwalając Bogu najpierw narodzić się w sobie. Wtedy dopiero człowiek może dać coś z siebie drugim. Fakt, że ludzie „wolą” umierać po Świętach, niech nam uprzytamnia, że nie rodzimy się po to, żeby być samotni, że rodzina nie jest przeżytkiem, bo nie można być sobą bez świadomości własnych korzeni. Jesteśmy „istotami względnymi”, dlatego dostrzegamy naszą osobliwość jedynie w połączeniu z innymi oraz w odniesieniu do całości. Patrzmy na Rodzinę, która jest w centrum świątecznych wydarzeń, i uczmy się od niej otwartości na Tajemnicę. Wcielenie – parafrazując Mistrza Eckharta – to wieczność, która właśnie wychodzi na jaw. Czy Wigilia przygotowuje nas na ten szok, czy nas otępi?