Czas próby

Zaledwie kilka dni wystarczyło, żebyśmy – za sprawą groźnego wirusa – obudzili się w zupełnie innym świecie. Są ludzie, którzy nie potrzebują Boga, ponieważ z codziennymi sprawami radzą sobie bez Niego. Pojawia się ideologia tzw. społeczeństwa otwartego, w której prawda ostateczna nie tylko do niczego nie jest człowiekowi potrzebna, ale może mu nawet przeszkadzać w osiągnięciu sukcesu i doczesnego szczęścia. Główne założenie tej ideologii św. Jan Paweł II w Warszawie 9 czerwca 1991 r. wyraził w słowach: „Myślmy tak, żyjmy tak, jakby Bóg nie istniał”. Żeby więc ludzie nie pytali o Boga, prawdę ostateczną, sens życia i o to, co po śmierci, trzeba sprawić, by wyparli śmierć ze swojej świadomości.
Tymczasem ona właśnie nam o sobie brutalnie przypomina. Zapewnienia o niskiej śmiertelności nowego koronawirusa można już włożyć między bajki. Jeśli we Włoszech spośród ponad 9 tys. osób, u których do 10 marca potwierdzono obecność wirusa, do zdrowia wróciły tylko 622, a zmarło 366, to proporcja liczby wyzdrowiałych do liczby zmarłych najdobitniej świadczy o powadze zagrożenia. Porównywanie tego z liczbą 23 osób zmarłych w lutym w Polsce z powodu powikłań grypy jest o tyle bałamutne, że na grypę w lutym chorowało w naszym kraju około 800 tys. ludzi. Jaka byłaby śmiertelność, gdyby podobna liczba Polaków została zainfekowana koronawirusem?
Nie chodzi o sianie paniki, tylko o uświadomienie sobie, że sytuacja jest bardzo poważna. Ze strony nas wszystkich potrzeba w tych dniach trochę wyrzeczeń i rozsądku. Pod naszymi oknami przemykają pustawe autobusy i tramwaje. Wiele zakładów pracy poprosiło pracowników o pracę zdalną. Wszyscy powinniśmy w tym czasie zrezygnować z zagranicznych wyjazdów i niekoniecznych podróży. Musimy zacząć żyć skromniej i bardziej solidarnie, bo wszystko wskazuje, że epidemia odbije się na kondycji naszej i światowej gospodarki. Wielu firmom już grozi upadłość. Bądźmy odpowiedzialni za siebie nawzajem. Nie chodzi o to, czy ja się boję śmierci, tylko o to, czy mam prawo narażać na śmiertelne ryzyko miliony ludzi. Jedynym po ludzku ratunkiem jest przerwanie łańcucha zarażeń.
Mamy nadzieję, że u nas nie dojdzie – jak we Włoszech – do zamykania kościołów. Żeby tego uniknąć, roztropnie odróżniajmy to, co najważniejsze i najświętsze, od tego, co jest tylko ludzkim zwyczajem. Gdyby nie można było gromadzić się w pomieszczeniach zamkniętych, możemy sprawować liturgię na wolnym powietrzu. Nie musimy podawać sobie rąk na znak pokoju. Nie trzeba moczyć palców w wodzie święconej – to nie jest konieczne do zbawienia. Nie wierzmy ludziom, którzy głoszą, że „jeśli nawet szatan boi się wody święconej, to co dopiero wirusy”. Takie gadanie jest grzesznym zabobonem. W Ugandzie do niedawana istniało rebelianckie ugrupowanie Armia Pana, którego założyciel Joseph Kony kropił swoich bojowników wodą święconą i zapewniał, że w ten sposób stają się kuloodporni! Głupie to było i bluźniercze.
Wisząca nad nami pandemia sprawia, że słowa: „Pamiętaj, człowieku, że prochem jesteś i w proch się obrócisz” – są czymś więcej niż tylko popielcową formułką. Niosą prawdę człowieku i o jego przemijaniu. Wskazują, że śmierć realnie istnieje i trzeba się zastanowić, co dalej. A prawdziwa odpowiedź jest tylko jedna – ta potwierdzona krwią, śmiercią i zmartwychwstaniem Chrystusa. Właśnie teraz ta prawda jest ludziom szczególnie potrzebna. Dlatego jako ludzie Kościoła stajemy wobec wielkiej próby, czy o tej prawdzie Chrystusa będziemy potrafili osobiście świadczyć nie tylko roztropnie, ale i heroicznie.
Boże, miej nas w opiece …