Wytrzeszcz oczu

“Wytrzeszcz oczu czyli o Duchu Świętym, który mieszka we mnie”

Czy zdarzyło się tobie, że twoje reakcje, sposób postępowania, do tego stopnia ciebie zaskakiwał, że robiłeś z wrażenia „minę ryby”? Nagle zdawałeś sobie sprawę, że jesteś szczęśliwym posiadaczem umiejętności, o której do tej pory nie wiedziałeś?
Na przykład pierwszy raz zakładasz łyżwy na nogi. Dwa, cztery … nieśmiałe kroki po tafli … i nagle okazuje się, że jedziesz, czy może lepiej ślizgasz się. Może jeszcze nie nabyłeś zdolności wyhamowania i trzeba ratować się rzutem na barierkę, albo tzw. hamowanie „kaczym kuprem” czyli brutalnie siadasz na lodzie. Ale to nie to jest najważniejsze. To co się liczy to fakt, że przejechałeś wzdłuż lodowiska. Wydymasz pierś do przodu i drzesz się w niebogłosy: ja jadę!!!
Pamiętam jak w Rep. Dem. Kongo dowiedziałem się, że muszę jeździć motorem, albo wybieram kilometrowe piesze wyprawy pod równikowym słońcem. Moje doświadczenie tej umiejętności było raczej zerowe. Jak byłem dzieckiem tato zabierał mnie motorem marki WFM na ryby albo na wypady za miasto. Co więcej, pamięć dobrze zanotowała, przejażdżkę we wiosce moich dziadków ze starszą ode mnie sąsiadką po polnych drogach, i tu trzeba zaznaczyć z mało doświadczonym motocyklistą, kiedy zostałem zgubiony na wybojach i wpadłem ku memu szczęściu do trawiastego rowu. I może ten epizod spowodował, że nie kusiło mnie zostać gwiazdą żużlu w Polonii bydgoskiej. Ale powróćmy na kontynent afrykański do Itipo, gdzie poznawałem tajniki misyjnego życia. Posiąść umiejętność jazdy motorem oznaczało sprawniej obsługiwać wspólnoty chrześcijańskie, do których zostałem posłany w tamte tereny. Obawiając się, że mogę stać się zagrożeniem dla ludzkiego życia, wybraliśmy na naukę z moim instruktorem czyli starszym współbratem, teren pastwiska dla krów. Było idealnie pod każdym względem. Rozległy teren, bez drzew i krzewów, płaski i trawiasty, co mne cieszyło najbardziej myśląc o ewentualnym uleganiu prawu fizyki czyli przyciąganiu ziemskiemu. Nawet bydło zrozumiało powagę chwili i usunęło się na bezpieczną odległość. I proszę sobie wyobrazić moją zaskoczoną minę, kiedy po wstępnych objaśnieniach jak uruchomić tego „rumaka” poprostu zacząłem jechać, skręcać, zmieniałem biegi i darłem się na tym pustkowiu dziękując Bogu za dar – umiejętność, o której nawet nie śniłem. I żeby prawdy stało się zadość, muszę się przyznać, że zablokowało się sprzegło i nie mogłem zatrzymać tego „żelaźniaka”. Pozostały do wyboru dwie opcje, albo jeździć po prerii, aż do ostatniej kropli paliwa, albo sprawdzić czy w tej strefie geograficznej trawa jest wyjątkowo amortyzująca. Słowo honoru: jest!

Widzę wasze zdziwienie na twarzy. Miało być o Duchu Świętym, a tu „gawędziasz ludowy” o lodowisku, o motorach … . Trochę cierpliwości już będzie o Nim. Kiedy dotykam tematu Jego obecności w moim życiu, to muszę dać świadectwo o Rzeczywistości, która mnie wciąż pozytywnie zaskakuje!

„Weźmijcie Ducha Świętego…” ( J 20, 22)
„ Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody…” ( Mt 28, 19)
„… nie martwcie się o to, jak ani co macie mówić…” ( Mt 10, 19)

Rozsypane puzzle On układa w logiczną całość, ktorą stanowi moje życie, albo uczciwiej, darowane mi przez Boga. Tak się „jakoś” poukładało, że przyszło mi poznać rzeczywistość posługi kapłańskiej w Europie, Afryce, Ameryce Centralnej – Karaiby, a także w Ameryce Północnej. Nie, nie należę do klubu „obieżyświat”. Jestem misjonarzem. Niejednokrotnie zadaję sobie to pytanie: jak było to możliwe, że odnajdywałem się w tych odmiennych środowiskach, aby głosić Dobrą Nowinę. I gdybym miał taką pokusę, żeby sobie wmawiać – ja poprostu jestem macho! To mi wierzcie – wielka bzdura na kółkach!!! Właśnie wtedy, gdy wydawało mi się, że będę błyszczał inteligencją i pomysłami na życie … pakowałem się w duchowe tarapaty pod szyldem: jesteś zero! Prosicie o konkrety?! Historii jest wiele na potwierdzenie powyższej tezy na drodze mojego życia. O niepokorna naturo!

W Kinshasie – stolicy Rep. Dem. Kongo – pracowałem tylko rok. To był wyjątkowo trudny politycznie czas ( 1996-97), bo od wschodnio-południowej granicy zbliżały się oddziały rebeliantów na czele z L. Kabila. Ówczesny prezydent Mobutu, którego pełne nazwisko brzmiało: Mobutu Sese Seko Kuku Ngbendu Wa Za Banga Joseph Desire – był u kresu swojej władzy, a rządził tym krajem bez przerwy od 1966 roku kiedy ustanowił władzę absolutną. Niechęć społeczeństwa stolicy, a szczególnie studentów wyrażała się w codziennych manifestacjach, rozbojach i grabieżach. Żyliśmy w ciągłym napięciu. Nawet w nocy seminarzyści czuwali na zmianę, żeby wrazie napaści „ nieporządanych gości” wszystkich zerwać na równe nogi do obrony seminarium i własnej skóry. Nic nie działało. Nie było prądu, wody i komunikacji telefonicznej. W telewizji pokazywano nieustannie propagandową szmirę. Trzeba było zorganizować się w taki sposób, aby żyć z dnia na dzień. Nic na zapas. Zapowiadano, że kiedy przyjdą oddziały rebeliantów to będziemy świadkami „krwawej jatki” powtórki z Kigali stolicy Rwandy, ludobójstwa między Tutsi i Hutu. I w tym momencie zaczyna się moja historia.
Pamiętam, że codziennie gorliwie się modliłem o męstwo – dar Ducha Świętego, bo bardzo się bałem o życie ok. 30 seminarzystów, dwóch współbraci kapłanów pracujących ze mną i nie ukrywam o siebie. O dobrach materialnych nie piszę, bo uwierzcie mi na słowo, naprawdę w takich chwilach jest to marność, za którą nie nadstawia się głowy. Ten wyjątkowy dzień zaczął się pechowo od samego rana. „Przezorny zawsze ubezbieczony” – jak mówi przysłowie, żeby nie wykradziono nam samochodów, które z takim trudem zdobyto na użytek seminarium, każdorazowo wyciągaliśmy akumulatory i chowaliśmy w schowku na żywność. Rano trzeba było pojechać po wodę, bo jeszcze trochę, to będzie nas czuć, aż po Egipt. Poprosiłem jednego z seminarzystów, który codziennie jeździł samochodem z innymi na wydział teologiczny, aby umocował akumulator w Toyocie, która służyła do transportu produktów żywnościowych. W tym czasie zająłem się ukladaniem listy koniecznych spraw, po które za moment miałem pojechać. Za chwilę przybiega do mnie mój pomocnik, kiedy z kucharzem ustalaliśmy co muszę kupić jadąc do centrum miasta. Jego mina zdradzała wielkie przerażenie, jakby zobaczył diabła. Co się stało – ubiegam fakty i niepotrzebny wstęp. Poszły iskry i dym ze stacyjki samochodu. W te pędy zostawiłem kucharza i przybiegłem na miejsce incydentu. Faktycznie w kabinie było czuć spalenizną. Patrzę na akumulator i podłączone do niego przewody, i jeszcze raz, i nie dowierzam oczom. Mój pomocnik pomylił pozytyw z negatywem i połączył na odwrót akumulator. Tym „błyskiem inteligencji” spalił wszystkie wskaźniki: pomiaru stanu paliwa, temperatury wody w chłodnicy itd. No cóż, chociaż ręce pragnęły dokonać małego mordu o porannku, to tylko jęknąłem z rozpaczy, umieściłem kable jak należy i kazałem załadować dwie beczki po 200 l. na wodę. Nawet zdobyłem się na uśmiech przez łzy, żeby rozładować sytuację. Wybrałem ekipę sześciu seminarzystów i kazałem jechać ( z moim nieudacznikiem) po wodę do studni oddalonej o 0,5 kilometra od naszego domu. Oni pojechali, a ja wróciłem do dyskusji z kucharzem, bo zaraz po powrocie „woziwodów” miałem jechać do miasta. Nasi „szpiedzy i wywiadowcy” mówili, że ma być dzisiaj spokojnie w mieście, dlatego trzeba wykorzystać tę chwilę, bo jutro nie wiadomo, co dzień przyniesie. Poukładałem sobie wszystko co było mi potrzebne do wyjazdu, plan drogi w głowie, żeby wszystko sprawnie załatwić i przed nocą wrócić. A ciemno robiło się o 18-stej. Kiedy chłopcy wrócili z wodą, panowała wśród nich tajemnicza cisza. Normalnie jest dużo krzyku, śmiechu. Nic nie podejrzewając podszedłem do nich, chcę otworzyć tylne drzwi samochodu, żeby wyciągnąć wodę i jakoś za wyraźnie widzę beczki we wnątrz. Czyżby mi się wzrok polepszył, ale po czym? I wtedy uświadomiłem sobie, że to nie cudowne uzdrowienie, ale szyba w tylnych drzwiach nie istnieje. Moje zdziwienie szybko znalazło wytłumaczenie. Jadąc pod górę ( a nasze seminarium znajduje się na wzgórzu) beczki, ponieważ nie były zablokowane, bo kto by o tym pomyślał, cofnęły się i wybiły szybę. Ciśnienie mi podskoczyło, pulsujące tętnice czułem na skroniach i zacisnąłem mocno zęby, żeby czegoś niepotrzebnego nie powiedzieć. Padła komenda: wyciągnąć beczki, porozmawiamy o tym później, wieczorem jak wrócę. Przez głowę prześliznęła się myśl – pytanie: co jeszcze mnie dzisiaj spotka, Panie bądź ze mną?! Jeszcze kilka uwag o bezpieczeństwie domu pod moją nieobecność i w drogę do centrum. Droga do miasta to spora odległość, był czas na modlitwę. Kiedy wjechałem w uliczki centrum Kinshasy faktycznie wyglądało bardzo spokojnie – pozory normalności. Skręciłem w lewo, znałem tam dobrą hurtownię z ryżem i oliwą do pieczenia. I nagle … jakby z ziemi wyrośli. Przed samochodem pojawiła się grupa młodych ludzi może 15-stu albo 20-stu, nie liczyłem i nawet nie miałem czasu na rachubę. Wydarzenia potoczyły się jak filmie akcji. Zahamowałem, żeby kogoś nie przejechać, bo stanęli szwadronem w szerz ulicy. Ktoś otworzył drzwi od szoferki, nawet nie zdążyłem powiedzieć słowa, nagle czułem, że zostałem wyciągniety jak wór ziemniaków na ulicę. I to podziwiać, że w czasie mojego lotu desantowego na asfalt jeszcze ktoś chwycił mój zegarek i czułem jak pasek rwie się raniąc mnie w nadgarstku. Ułamki sekund i samochód był wypełniony złodziejaszkami. Patrzę jak zaczynają odjeżdżać. I w tym momencie, nie wiem skąd mi przyszedł ten pomysł do głowy, poderwałem się i …. pobiegłem za samochodem i … przez wybite rano okno tylnych drzwi wskoczyłem do środka. Czego nie rozumię do dzisiaj: dlaczego mnie nie wyrzucono ponownie, pozbawiając się niepotrzebnego balastu. W tym momencie, muszę przyznać się do grzechu, który okazał się dla mnie błogosławieństwem. Byłem nałogowym palaczem papierosów. Kiedy tak siedziałem pomiędzy „rozbójnikami”, pomyślałem, może bym z nimi zapalił? W geście „dobrego kumpla” proponuję: a może zapalimy? Zdziwienie na twarzach, a potem brawa i klepanie przyjazne po ramieniu. Kiedy okazało się, że mówię w lingala ( drugi język po j. francuskim panujący w Kinshasie) no, najlepiej by mnie wpisali do swojej bandy jako honorowego członka bez konieczności płacenia składek. Chyba trochę fantazjuję?! Ogólne rozprężenie z powodu „ fajki pokoju” pozwoliło mi na poszukiwanie pomyślu – co dalej? Jest! Eureka! I tutaj muszę się przyznać do drugiego grzechu – oszustwa. A miało być to „wypracowanie” pobożne. No cóż – prawda i tylko prawda! Zacząłem rozmawiać z szoferem – porywaczem. „Zobacz na wskaźnik paliwa, wskazówka spadła do zera. Jak będzie nas goniła policja to nie uciekniemy, bo pusty bak.” A w duchu sobie mówiłem, żebyś ty wiedział, że rano nalałem paliwa do pełna, bo mając spalone kontrolki mogłem stanąć w drodze. Kumple od papierosa kupili tę argumentację. Zostawili mnie na poboczu i ruszyli na poszukiwanie innego „białego”, który lepiej dba o samochód. Szybko zrobiłem zakupy i wróciłem do domu. Uczciwie po kolacji podziękowałem seminarzystom za poranną dywersję. Myśleli, że zebrało mi się na kpiny. Ale kiedy opowiedziałem historię porwania, przyznali mi rację i … nawet byli dumni z siebie. O ironio losu!? Muszę dodać jeszcze jeden bardzo ważny fakt. 20 maja 1997 roku L.Kabila, kilka dni później od opisanej historii, wszedł do Kinshasy – bez oczekiwanego rozlewu krwi ku zaskoczeniu wszystkich. A była to niedziela Uroczystości Zesłania Ducha Świętego.

Przypadki są tylko w gramatyce. Obiecany przez Chrystusa – Duch Pocieszyciel – jest nieustannie obecny w naszych poczynaniach, które realizują Boże posłannictwo. Kiedy uczciwie i z pokorą to odkrywam we mnie, to muszę uważać, aby nie nabawić się wytrzeszczu oczu ze zdziwienia, ile Jemu – Delikatnemu Powiewowi Mocy – zawdzięczam. Kiedy Jezus w Nazarecie wskał na siebie jako oczekiwanego Mesjasza wywołało to wzburzenie do tego stopnia, że chciano Go strącić z góry miasta, na której było zbudowane. Ale On przeszedł pośród nich i kontynuował Swoją misję, bo „ Duch Pański spoczywał na Nim”. ( por. Łk 4, 16-30)

Elimo Santu abatela bino mpe atondisa mitema mya bino!
(tłumaczenie autora z lingala :Duch Święty niech się Wami opiekuje i wypełni Wasze serca)
ks. Jarosław Lawrenz CM

p.s.
Jako medytację po przeczytaniu tego artykułu polecam tekst: Łk 11, 9-13